Profesor ojciec doktora

Niesamowita jest inflacja tytułów naukowych. Jestem osobą relatywnie (ładnie brzmi, co nie?) młodą, ale pamiętam jeszcze ludzi na uczelniach, których tytulatura i dorobek były imponujące a którzy grzecznie odmawiali wypowiadania się w dziedzinie, która się zajmowali, ale w zakresie zagadnienia, w którym nie byli specjalistami odsyłając do kolegi, „który w tym siedzi”. Nie z powodu braku kompetencji (chodziło o jakiś cytat do gazety), ale z racji przekonania, że profesura i w ogóle tytuł naukowy jest pewnym rodzajem zobowiązania. To jednak było dawno a ci staruszkowie już dawno na emeryturze albo u „Abrahama na piwie” jak zwykł mawiać jeden z nich.

Jan Duda ojciec Prezydenta RP jest profesorem. Zwyczajnym, co jest najwyższym tytułem, jaki można w RP uzyskać. Co ciekawe profesorem nauk technicznych, co jak za chwilę się okaże jest w pewnej mierze istotne. Jest też Pan Jan radnym małopolskiego sejmiku mocno zaangażowanym w obronę lokalnej ludności przed straszliwą ideologią LGBT. Ostatnio w miarę napływania z grzesznej Brukseli informacji o możliwości wstrzymania dla małopolski europejskich funduszy zapał nieco słabnie, ale nie od dziś wiadomo, że w partii, którą Pan Jan reprezentuje, wyznawana jest alternatywna do LGBT ideologia miłości nie do tej samej płci, ale do mamony we wszystkich kolorach i odcieniach tęczy.

Ów odwrót trzeba jednak czymś przykryć, więc nasz radny bez zająknięcia i z kamienną twarzą określił homoseksualizm, jako chorobę zakaźną. Nie jest do końca jasne jak wygląda mechanizm transferowy, ale trzeba przyznać, że szansa dla polskich nauk medycznych jest ogromna i szkoda byłoby ją utracić. Szczepionka na LGBT to jest coś. To mógłby być wkład polskiej nauki w światowy dorobek. A potem, kto wie, może lek? Wszak mamy w europarlamencie Biedronia do testów. Z drugiej strony taka szczepionka mogłaby w elektorat PiSu wprowadzić prawdziwy dylemat, bo jak powszechnie w Polsce wiadomo sprzeciw wobec szczepień jest tam bardzo duży. Ale internetowe wypowiedzi PiSowskiego elektoratu w rodzaju „nie będę się szczepić, mój szwagier przeżył gejostwo i żyje” to byłby cymesik sam w sobie. Swoją drogą może legendarna amatadyna także i to leczy?

Wzbudziłem wesołość? No to miejcie świadomość, że i po lewej stronie są ludzie utytułowani. W europarlamencie zasiada niejaka Pani Sylwia Spurek. Doktor prawa, co jak wiemy z rozlicznych przykładów nie gwarantuje ani kultury, ani inteligencji. Właściwie to jeden z tych tytułów (wiem, wiem stopni naukowych, dowcip dla wtajemniczonych), co, do których wydaje się, że wielu znalazło dyplom w chipsach albo dostało na Orlenie za punkty. No, więc Pani Sylwia traktuje swoją pracę w europarlamencie na tyle poważnie, że jako dzielna bojowniczka weganizmu chce, aby europarlament zakazał… wędkarstwa. Bo czemu nie. Kto bogatemu zabroni? W zasadzie zabrania totalny brak uprawnień do takich działań ze strony UE, ale przecież doktorowa praw nie będzie się takimi detalami przejmowała.

W dawnych czasach partie lewicowe miały pewien „związek z ludem” objawiający się miedzy innymi tym, że ich działacze znali „prostego człowieka” nie tylko z opowieści. O ile myślistwo to w dużej mierze paskudne zajęcie pod pozorem „regulowania populacji” ukrywające grę w zabijanie realizowaną przez prowincjonalne i nie tylko elity o tyle wędkarstwo ma zupełnie inny charakter. Podobnie jak grzybiarstwo jest plebejskie z definicji. To bardzo rodzinne zajęcie prostych ludzi. Znam sporo wędkarzy i naprawdę to akurat są w znakomitej większości oddani pasji poczciwcy. Robiący w dodatki naprawdę dużo dla czystości polskich rzek i jezior, oczywiście we własnym dobrze pojętym interesie. Nie umiem wyjaśnić takiego ruchu ze strony Pani, która reprezentuje podobno partię zielonych. Choć może rozumiem. Odsyłam do mojego wcześniejszego wpisu o innych przedstawicielach tego ruchu. Tak jak czytam sobie zresztą biogramy Pani doktorowej to tam jest życiorys osoby żyjącej w bańce „sojowego latte”. I traktującej własny weganizm i sortowanie śmieci, jako sposób na zbawienie świata a nie prymitywne moralne alibi klasy średniej.

Takie mamy czasy i klimat. Mam chyba sentyment do tych czasów, kiedy w kraju rywalizowali absolwenci zawodówek z niedokończonymi magistrami. Doktorów i profesorów było w polityce mniej, ale ci co byli, byli chyba odrobinę lepsi.

Dobranoc Sir Clive

Demoludów nie zinformatyzował Steve Jobs i Bill Gates. Macintosh i Apple w latach 80 pozostawały absolutnie nieosiągalną fantazją a IBM to było coś, co oglądało się w „Bajtku” tak jak dzisiaj komputery kwantowe. My bidoki naszą komputerową edukację zawdzięczamy dwojgu ludzi. Jackowi Trzmielowi, który dał nam Commodore i Atari i Clive’owi Sinclairowi, który stworzył ZX Spectrum.

Temu drugiemu chyba zresztą bardziej. Klony „spektrumny” masowo zaludniały socjalistyczne szkoły w Polsce, ZSRR i innych demoludach. Spektrumowy Basic czy Logo to był pierwszy kontakt z programowaniem dla wielu dzisiejszych tuzów polskiego IT. Clive Sinclair zdobył tytuł szlachecki, ale firmy nie utrzymał. Przegrał z tanimi klonami PC i własnym geniuszem, kiedy pchał na rynek sprzęt zbyt nowoczesny i za słabo sprawdzony.

Sir Clive Sinclair opuścił ziemski padół 16 września. Zainteresowana komputerami młodzież dawnych krajów demokracji ludowej zawdzięcza mu więcej niż jesteśmy sobie to w stanie uświadomić.

(…) nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości – dopóki zegar przez niego nakręcony nie stanie, dopóki wino przez nią nastawione nie dokończy fermentacji, dopóki plon, jaki zasiali, nie zostanie zebrany (…)

(także Sir)  Terry Pratchett, Kosiarz

Andrzej Duda testuje mój republikanizm

Spoglądając z zazdrością w kierunku skandynawskich i holenderskiej monarchii zastanawiam się zupełnie poważnie czy to nie jest lepszy system. Polityczne uwikłanie naszych prezydentów i ich hamulcowa rola sprawiają, że wyjątkowo kiepsko nadają się oni na reprezentantów Narodu, jako całości.  Chamska postawa Dudy wobec Angeli Merkel zdaje się tylko potwierdzać moje wrażenia. Z punktu widzenia osoby żyjącej w kraju republikańskim nawet te pudelkowo bulwarowe historie obyczajowe w rodzinach królewskich mają swój urok. Owszem można mieć demokratyczne pretensje, dlaczego Rzeczypospolitą mają reprezentować Potoccy czy Sobiescy a nie Kowalscy czy Nowakowie, ale powiedzmy sobie szczerze wyjątkowo kiepskich Kowalskich czy Nowaków wybieramy. W dodatku monarchia jest tańsza. W sumie same zalety. Wystarczy znaleźć jakichś zużytych arystokratów, którzy zechcą pojeździć po świecie w zamian za siedzenie cicho w sprawach polityki.

I pomyślmy o ile byłoby przyjemniej. Wady charakteru natychmiast zaczęlibyśmy postrzegać, jako li tylko drobne słabostki, promiskutyzm i rozwiązłość, jako elementy szlacheckiego uroku a rodzinne kłótnie, jako operę mydlaną dla gawiedzi. Zero presji. Mało polityki. Dużo kiepskiej, jakości show. Skoro ludzie to lubią to, czemu im zabraniać.

Jest tylko jeden problem. Trzeba by spośród tej polskiej „szlachty” wyłonić jakąś rodzinkę snobistycznych, tępych i nieco aroganckich durni chętnych do pełnienia tej roli. Nie chodzi o to, że takich nie ma obawiam się, że w „wyższych sferach” kandydatów może być nadmiar.

Czterdzieści procent

Podobno pierwszy raz w historii PiS nie ma kolejki chętnych na stołek. Bo nowy minister od klimatu będzie musiał obywatelom zameldować, że prąd pójdzie 40% w górę. Czterdzieści procent!

W ogóle widać, że zaczynają wyłazić wszystkie śmiecie spod dywanu. Latami odkładane reformy energetyki, (bo jakoś to będzie), waląca się na pysk po COVIDzie służba zdrowia, setki mniejszych i większych katastrof spowodowanych przez szarańczę niekompetentnych nominatów w spółkach. A równolegle podwyżki dla polityków. Więc kiedy prezydencka minister pochyla się nad losem ratowników twierdząc, że „rząd nie ma fabryki pieniędzy” to ma rację. Ma fabryczkę i ta fabryczka robi tylko dla swoich. Kiedyś inny rzecznik prasowy zasłynął bon motem, że „rząd się wyżywi” tyleż cynicznym, co prawdziwym. Niestety ratownicy medyczni się nie wyżywią. Zwłaszcza, kiedy ceny prądu (a w ślad za tym wszystkiego innego) pójdą w górę o 40%.

Uchodźcy to fajna PRowa rzecz i widać, że bycie „twardym” sondażowo pomaga. Ale czy pomoże, kiedy przyjdą pierwsze rachunki za prąd? Chyba premier będzie musiał kolegów z Białorusi poprosić o dowiezienie z tysiąca, aby móc ich pokazowo na zasiekach potraktować seriami z CKMów, aby przykryć te 40%. Może nawet alternatywnie obniżyć akcyzę na wódkę, aby jedno 40% przykryło inne 40%. Bo wiary w to, że Polski Ład będzie wunderwaffe o skali, jaka obiecywał nasz dzielny Premier nie ma chyba nawet on sam.

Tymczasem szukamy. Więc moi drodzy może ktoś z was ma ochotę na to, aby być „twarzą” PiSowskiej unikalnej w świecie wizji polityki klimatycznej to śmiało. Przed kandydatem tragikomiczne wizyty w gremiach UE. Trochę to będzie przypominało wizytę w siłowni ze 100 kg nadwagi i torbą pączków i przekonywanie wszystkich, że tak właśnie wygląda fitness po polsku (najpierw masa potem rzeźba).  Ale jak ktoś łączy elastyczną moralność z potrzebami finansowymi to pewny jestem że zarówno Prezes jak i Partia jakoś tam się odwdzięczą.

Przy okazji czekamy jeszcze na to, co jeszcze walnie. Bo że walnie to raczej pewne. Przecież rządzą nami ludzie w pewnych sferach wyjątkowo utalentowani.

Warknięcia afgańskie

Sporo ostatnio czytałem i słuchałem o Afganistanie. Opinie mądre i (częściej) niezbyt mądre takie, z którymi się zgadzam i takie, z którymi zgadzam się mniej. Zebrało mi się sporo refleksji, więc postaram się zebrać je w podpunktach:

1. Amerykanie powinni pozostać – nie powinni. Oszukiwanie się, że skoro ostatnio Amerykanie nie tracili ludzi oznacza to, że ogólnie był piknik i w zasadzie, o co Bidenowi chodziło jest tyleż powszechne, co głupie. Brak Amerykańskich ofiar był rezultatem przemyślanej strategii Talibów. Miała ona na tyle ucywilizować ruch, aby był partnerem do negocjacji. Założenie bezterminowego pozostawania w Afganistanie błyskawicznie doprowadziłoby do wznowienia ataków.

2. Amerykanie powinni byli zaoferować wsparcie z powietrza dla Afgańskiej armii – oferowali, bombardowali, drony szalały i szaleją na pograniczu z Pakistanem. I co? Tysiące „collateral damage” i faktyczny wzrost poparcia dla Talibów na południu kraju. Prowadzenie wojny partyzanckiej w sposób zdalny jest nie tyle głupie, co jest ono niemożliwe.

3. Czemu walnęło i dlaczego tak szybko – oj tony analiz powstaną w następnych latach w tym temacie. Nikt nie ma dobrej odpowiedzi. Moja teza jest taka, że mimo twierdzeń bardzo wielu znających temat osób nie istnieje coś takiego jak „naród afgański”. Mamy tylko terytorialną wspólnotę plemion. Związki nawet między sąsiadami są luźne a między ludźmi z południa i północy właściwie żadne. Tam nie było, o co walczyć. Ani flagi, ani wartości ani symboli. Ale (i tu znowu trzeźwa, choć pewnie niewystarczająco lewicowa ocena Bidena), jeżeli ludzie, którym dziś grozi śmierć nie byli w stanie chwycić za broń i obronić się przed relatywnie niewielką grupą Talibów to, dlaczego za nich tę walkę mieli by toczyć Amerykanie, Brytyjczycy czy Polacy?

4. Brytyjski ból zadniej części – okrutny. O wiele większy niż w USA. UK zawsze uważało się za mocnego gracza zarówno w tym regionie świata jak i w tym konkretnie kraju przywołując i kolonialne tradycje i wsparcie w latach 80-tych. A w końcu USA nie raczyło nawet z nimi uzgodnić terminu wyjścia. Międzynarodowa rola postbrexitowej Wielkiej Brytanii okazała się… bliska zeru. A pamiętajmy, że cały brexit wynikał w ogromnej mierze z kaca po imperium. Cóż, kaca nie leczy się klinem. Absolutnie przekomicznie brzmi krytyka USA przez Rory Stewarta jednego z najinteligentniejszych brytyjskich polityków wskazująca niskie koszty stabilizacji Afganistanu dla USA. Kilku martwych żołnierzy rocznie. Parę mld $. Właściwie okazja. Zupełny brak oglądu na koszty wewnętrzne „wiecznych wojen”. Skoro nie ma protestów na ulicach w USA, więc jest OK. Otóż nie jest OK. Amerykanie głosują przy urnach. A spora część szturmujących Kapitol była weteranami. Postępowanie Bidena jest długoterminowo racjonalne. Facet woli budować autostrady w USA niż w Afganistanie. Dziwicie mu się?

5. Demografia Afganistanu – rzecz, na którą mało, kto zwraca uwagę. A powinien. Więc kilka liczb. Rzućmy perspektywę. 1950 – 7,8 miliona ludzi. Polska w tym samym roku odbudowując się z hekatomby II wojny 25 milionów.  1979 początek okresu radzieckiej interwencji 13,4 miliona. Polska – 35,4 miliona. 1989 rok sowieci wychodzą a w Afganistanie zostaje 11,9 miliona ludzi. W Polsce w tym czasie mamy blisko 38 milionów. I teraz będzie ciekawiej. 2001 Afganistan jest państwem upadłym pod władza talibów po 12 latach plemiennych wojen.  Ale ludność niemal się podwoiła 21,6 miliona ludzi. 2021 po dwudziestu latach mamy 39,8 miliona ludzi. To oznacza, że połowa ludności Afganistanu Talibów po prostu nie zna i nie pamięta. Tym ciekawszy jest kontekst błyskawicznego upadku rządu centralnego. No i mamy też miasta. W 89 Kabul liczył 300 k ludzi dzisiaj 4 miliony. To jest ludność, nad którą trudno będzie Talibom zapanować.

6. Talibowie to oczywiście dalej religijni fanatycy. Ale obecnie bardziej w duchu późnego duchowieństwa Irańskiego niż rewolucyjnego zapału początku XXI wieku. Ugryźli więcej niż mogą przeżuć. Obecnie wieje z kraju administracja i personel techniczny. Afganistan nie może działać bez tych ludzi. Kiedyś gospodarkę Talibowie opierali na handlu opium. Ale kraj liczył połowę obecnej ludności. Dodatkowo ostatnie 2 lata były raczej mało urodzajne. Państwu grozi głód. No i ostatnie zamachy pokazują, że nawet nad fanatyzmem religijnym Talibowie nie panują w pełni ani nie mają pełnego monopolu. Najbliższe lata to pewnie wojna domowa, ale Talibowie potrafili zaskoczyć nie raz swoją elastycznością. Zobaczymy czy dwie dekady wygnania czegokolwiek ich nauczyły.

7. Pakistan – główny winowajca talibskiej rewolty. Gracz, który talibów przez dekady wspierał postrzegając ich, jako narzędzie do kontroli Afganistanu. Ale też wydaje się, że Pakistan nie obstawiał sukcesu. Nagle wrócił do sytuacji z 2001 roku a wtedy miał u siebie kilka milionów uchodźców.  Co stanie się dzisiaj? Co stanie się z polityką wewnętrzna Pakistanu, kiedy napłynie np. 10 milionów głodnych Pasztunów? Absolutnym strategicznym priorytetem Pakistanu powinna być stabilizacja sytuacji. Ale Pakistan to ogromny kraj i skomplikowana polityka. Wydaje się, że rząd i służby specjalne nierzadko mają dwie różne agendy. W dodatku w kraju mieszka ponad 40 milionów Pasztunów a ruch talibski nierzadko określany jest mianem pasztuńskiego nacjonalizmu. Obawa przed powstaniem „Pasztustanu” może stanowić ciekawy motywator.

8. Chiny – w teorii pomocy Talibom powinna udzielić chińska książeczka czekowa. Wzorem Afryki czy choćby Birmy. Ale nie zapominajmy o geopolityce. Co ma Afganistan? Surowce owszem, ale nie w postaci płynnej gdzie wystarczyłby rurociąg. Je trzeba wydobyć a to oznacza kopalnie (personel i fachowcy) -> linie kolejowe (budowa, bezpieczeństwo, personel, fachowcy) -> zakłady przetwórcze (bezpieczeństwo, personel, fachowcy). Wszystko to w kraju górskim, plemiennie podzielonym i BEZ DOSTĘPU DO MORZA. Pozbawionym zapewne sprawnej, centralnej władzy na 100% terytorium. A do portów jest naprawdę straszliwie daleko. Naprawdę myślicie, że amerykanie są aż tak głupi, że świadomie zrezygnowaliby z budowy kopalni gdyby istniał choć cień szansy na dochody?

9. Uchodźcy – będą, ale długa droga przed nimi i brak ciepłego przyjęcia. Narracja w Europie zapewne będzie taka, że ewakuowaliśmy tych, co pomagali, więc „dług” został spłacony a reszta skoro nie stawiała oporu talibom to niech sobie u nich żyje na zdrowie. Myślę, że po pierwszym szoku Afgańczycy nie mogą raczej liczyć na długoterminową sympatię. Zachód jest przekonany, że zrobił wszystko, co było możliwe. Nie wyszło, trudno. I zobaczcie mapę. Z Syrii do Europy jest jednak dużo bliżej niż z Afganistanu.

10. Terroryzm – owszem Afganistan może znowu stać się bazą, ale pamiętajmy, że Talibowie będą teraz bardzo dokładnie pilnować, aby nie przyjmować niebezpiecznych „gości”.  A o tych, którzy przybyli bez ich wiedzy dyskretnie poinformować USA i ich drony.

Tyle przemyśleń w temacie Afganistanu. Nie do końca uporządkowanych. Pewnie wiele jeszcze zobaczymy. Sytuacja zmienia się z dnia na dzień. Ale też irytuje mnie jednowymiarowa narracja do złożonego problemu. Gdyby Afganistan był taki prosty do „naprawienia” jak uważa wielu internetowych ekspertów zrobilibyśmy to lata temu.