Demencja czy szachy 5d? A może po prostu obsesja?

Dość nagły zwrot PiS na prawo budzi spore zaciekawienie. Omawiane już wyprawy Prezesa po kraju, jeżeli wierzyć sondażom nie przysparzają bynajmniej partii rządzącej popularności a trwający spór z Brukselą i dość sztucznie pobudzany z Niemcami mocno obciąża kwestie międzynarodowe i aktywnie zagraża finansowej płynności planów rządu. Równolegle dość abstrakcyjny projekt quasi komisji śledczej „anty Tusk” wskazuje na całkowity zanik pozytywnej wizji programowej. A negatywna będzie iść w kierunku ataku na partię i jej przewodniczącego, którzy ostatni raz u władzy byli 7 lat temu. Czy skutecznie? Wątpię. Tusk jest w tubie propagandowej władzy, czyli TVP z przyległościami atakowany niemal bez przerwy. Fakt jego wyniki w sondażach nie są najlepsze, co jednak nie stanowi przeszkody w polepszaniu wyników Koalicji Obywatelskiej. Działa tu ten sam dualizm jak w przypadku Kaczyńskiego i PiS.

Można się oczywiście zastanawiać skąd ta obsesja na punkcie Tuska. Ale to wymagałoby chyba zamknięcia Prezesa na wielotygodniowej obserwacji w przybytku, który posiada klamki tylko z jednej strony drzwi. Pozostaje ona jednak determinującym rzeczywistość faktem. Czy politycznie jest to gra warta świeczki? Na pewno utwardza własny elektorat. Czy jednak będzie w stanie go zmobilizować? Trudno wyobrazić sobie nowe sensacyjne fakty, które po latach mogłyby Tuska obciążyć na tyle, że odwróciłoby to doraźne problemy związane z inflacją czy wojną w Ukrainie. W dodatku komunikacja językiem Solidarnej Polski i Konfederacji to raczej nie jest idealna metoda dotarcia do wyborców niezdecydowanych, którym w styczniu podniesiemy VAT na prąd.

Jest też wersja Giertycha, który twardo twierdzi, że szopka jest odstawiana tylko do przegłosowania budżetu a potem Ziobro et consortes dostaną kopa w siedzenie i PiS do wyborów pożegluje już, jako umiarkowani i pogodzeni z unią prawicowcy.  Szachy 5d prezesa. Master strategist. Tylko czy ta europejska Canossa będzie w ogóle do sprzedania w mediach w momencie, kiedy walczący o życie Ziobro rzuci się PiSowi do gardła z całą siłą gromadzonych latami kompromatów? Nie żeby to mi w jakimkolwiek stopniu przeszkadzało, sam nieustannie prorokuję nieuchronność starcia, ale niestety na losy Polski i naszą sytuację gospodarczą nie wpłynie to zbyt dobrze. PiS oczywiście do zwycięstwa gotów jest iść po trupach a Tuska i Prezes i Prezydent boja się wręcz na granicy histerii. Tym bardziej odkąd na śląsku rozpoczął się proces exodusu z PiS „odpowiedzialnych polityków”. Oznacza to, że PiSowskie „doły” zaczynają dostrzegać nie tyle ryzyko, co pewność wyborczej porażki.

Czego i wam i sobie w nowym roku życzę.

Spokojnie o wojnie – recenzja

Nabyłem sobie drogą kupna od wydawnictwa książeczkę „Spokojnie o wojnie” Jarosława Wolskiego. Nabyłem skuszony osoba autora i darmową dostawą tylko po to by dziś stwierdzić, że w dużej sieci dostępna jest 10 zł taniej, co zresztą tylko dobija moją opinie o polskim rynku wydawniczym.

Wolski wywodzi się z obszaru pisma „Nowa Technika Wojskowa” dość niszowego periodyku poświęconego wojskowości z poziomu „zaawansowanego hobby” coś w rodzaju pisma „Motor”, ale dla ludzi zainteresowanych tematami militarnymi. Można tam znaleźć artykuły o szczebel niżej od mocno specjalizowanych „wewnętrznych” wydawnictw skierowanych do zawodowych wojskowych. No i są kolorowe zdjęcia i obrazki.

Wojna przyniosła koledze Wolskiemu niejaką sławę i jak to się mówi w mediach niezłe „zasięgi”, co w głównej mierze spowodowane było regularnymi rzeczowymi analizami wydarzeń na froncie i dużą realną wiedzą dotycząca wojskowych uwarunkowań tego, co się tam dzieje. Kanał na You Tube zresztą polecam. Książka jest próbą przekazania w skondensowanej formule refleksji autora wynikających z wojny w Ukrainie. Próbą „ucywilizowaną” przez vlogerskie wydawnictwo, które podjęło spory wysiłek, aby hermetyczna tematykę i język autora nieco złagodzić i przybliżyć szerokim masom. Przez co książka uzyskała mocno popularny wymiar zwłaszcza w ostatniej części.

O czym właściwie jest ta książka? W pierwszej połowie autor dość dobrze tłumaczy wojskowe uwarunkowania wojny w Ukrainie, nieco gorzej, (co nie znaczy, że źle) kwestie polityczne z nią związane. Oraz to, dlaczego Ukraina to nie Polska ani kraje bałtyckie i czemu akurat nas Rosja w najbliższym czasie zaatakować się nie odważy (co jednak w przyszłości może uleć zmianie). Od razu trzeba powiedzieć, że analiza militarna w popularnym duchu to najmocniejsza strona tej książki. Niestety ona też mocno ogranicza jej adresata. Jeżeli nie odróżniacie F-16 od Su-35 to będziecie mieli problemy z lekturą i sprawi ona wam mniejszą satysfakcję. Jeżeli jednak dysponujecie podstawową wiedza o wojsku to lektura jest ciekawa i wciągająca. Warto jednak ją uzupełnić książką oddającą lepiej polityczne i strategiczne realia ukraińsko-rosyjskiego konfliktu. Sam autor podaje kilka, więc nie będę tu przytaczał. Najsłabszą i sprawiającą wrażenie dodanej na siłę części są „scenariusze” konfliktu oparte na historiach trojga fikcyjnych Polaków. Może te „human stories” do kogoś trafią mnie jednak nie przekonały a ich lektura niekiedy przyprawia o ból zębów.

Ciekawie wyargumentowane jest powstanie i rola Wojsk Obrony Terytorialnej jednak duże luki mamy tak w obszarze omawiania potencjalnej ekonomicznej odporności kraju na wojnę jak i warstwy politycznej. Ledwie draśnięta jest kwestia kosztów zbrojeń jak i kwestii zasobów osobowych Polski i realnych możliwości zwiększania ilości wojska. Ale też Wolski nie udaje eksperta od wszystkiego. Sam osobiście, jako pewną wadę poczytuję także nieco przeterminowane spojrzenie na geopolitykę, które słabo uwzględnia to, co się na świecie obecnie wydaje jak i leciwe, ale bardzo aktualne koncepcje Mieroszewskiego i Giedroycia z kręgu paryskiej „Kultury”.

Czy więc warto książkę kupić? Tak, ale z zastrzeżeniami. To nie powinno być dla was źródło wiedzy o konflikcie rosyjsko-ukraińskim. To jest raczej publicystyczna publikacja poświęcona gotowości Polski do konfliktu zbrojnego w oparciu o ukraińskie doświadczenia. Książka jest zwarta i w pierwszej połówce czyta się nieźle. Więc jak ktoś szuka prezentu dla taty/brata na święta to sprawdzi się całkiem dobrze.  Mniej militarnie nastawiony odbiorcza może się jednak poczuć zagubiony i nieco zdezorientowany treścią.

Słabość PO – polityka bezpieczeństwa

Obserwując ostatnie miesiące Platformy pod wodza Tuska ma się wrażenie, że zdecydowanie się poprawiło. Jest kierunek, jest punktowanie PiSu no i jest zaplecze. Rzeczywiście waląca się polityka gospodarcza i galopująca inflacja dobrze pokazują przewagi jakie PO ma nad rządzącymi. No ale jest pięta achillesowa. Kwestie bezpieczeństwa. A raczej ludzi, którzy się w tym w PO specjalizują. I tu jest źle. Naprawdę źle.

Zacznijmy od nieaktywnego co nie znaczy, że niegroźnego Bronisława Komorowskiego. Ex-prezydent to teoretycznie były szef MONu i przynajmniej w zakresie wojskowości i bezpieczeństwa człowiek doświadczony. Cóż, życie pokazuje, że niekoniecznie. Komorowski zawsze miał tendencje do siermiężnego humoru w typie „wujaszek z wesela”, który szczególnie słabo rezonuje z młodym pokoleniem, jest za to ogromnie memiczny. Osobiście pamiętam mu szczególnie powiedzenie o „polskich pilotach latających na drzwiach od stodoły” które bardzo ponurego wydźwięku nabrało po serii katastrof wynikających między innymi z promowania na stanowiska dowódcze ludzi, którzy bardziej od ludzkiego życia cenili brawurę. Lubił niestety Bronek będąc prezydentem swoich rówieśników, przez co szarą eminencją bezpieczeństwa stał się gen. Koziej. Wojskowy akademik nawet niegłupi, ale wydaje się, że kompletnie bez chemii z armią (śmiem twierdzić, że wśród liniowych żołnierzy wręcz bardzo nielubiany). Koziej robił więc swoje zmiany sztabów i dowództw a chaos potęgował się. A sam Komorowski jak wielu przed nim i po nim dostaje miękkie nóżki, kiedy widzi wojsko na paradach co niestety sprawia, że ewidentnie paru zdolniejszych generałów kręciło nim jak chcieli.

Militarny obszar nieszczególnych kompetencji uzupełnia power duo Klich i Siemoniak. Obaj mieli pecha bo przyszło im rządzić w czasach budżetowo nie najlepszych przez co wojsko nie tyle rozwijali co przycinali i likwidowali wyszarpując resztki dla wyposażenia misyjnych kontyngentów. To wszystko racja ale też ten typowy dla polityków PO pragmatyzm w tym natężeniu stał się niebezpieczny. Bo szereg decyzji nie był potraktowany mądrością a jedynie doraźnym lobbyingiem i trwaniem. 8 lat władzy to nieustanne problemy z zamówieniami, niekończące się procedury i pozwolenie MONowcom na regularne „syndromy gwiazdy śmierci”. A przede wszystkim absolutna nie decyzyjność. Decyzje Błaszczaka są głupie, ale są. PO w trosce o mityczne offsety i inne cuda grzęzła latami w sporach z lobbystami i w efekcie często nie kupowała niczego. Caracalle to chlubny wyjątek. Mam niestety wrażenie, że i Klich i Siemoniak po zmianie władzy nie zmienią nawyków. I o ile polityka austerity w stosunku do wydatków obronnych miała sens jeszcze 10-15 lat temu to dzisiaj jest po prostu niebezpieczna. Przydała by się świeża krew. Tylko broń Boże nie z kręgu licznych „generałów emerytów” bo jedno czego uczy konflikt za wschodnią granicą to to, że nasi wyżsi dowódcy pod względem rozumienia świata to jednak potomkowie PRLu, mimo że wielu z nich służbę rozpoczynało już w III RP.

Ale to wszystko jeszcze nie jest najgorsze. Mnie osobiści przeraża postać Bartłomieja Sienkiewicza. Kiedyś wydawało mi się, że to w sumie poczciwy państwowiec. Od czasu rozmów u Sowy i przyjaciół niestety moja opinia o nim jest absolutnie i skrajnie negatywna. Same nagrania ukazały nam zamiast państwowca i patrioty zadufaną bufonadę a sam fakt, że te rozmowy zaistniały w czasie, kiedy Sienkiewicz odpowiada za służby niezwykle głęboko kompromitował jego zawodowe kompetencje. To, że znajduje się on jeszcze w kręgu bliskich konfidantów samego Tuska, który czuje do niego niezdrową sympatię nie wróży dobrze porządkom po przejęciu władzy. Pamiętajmy, że służby to za PiSu prywatne komando władzy. Tam nie jest potrzebna reforma a rewolucja. Na pewno nie nadaje się do tego facet, którego problemy z alkoholem co rusz wychodzą na łamy prasy.

Dobrze tylko co zamiast? Na front MONowski proponowałbym Radka Sikorskiego. Ma on masę wad z bufonowatością nawet większa od Sienkiewiczowskiej na czele. Ale to jest facet o równie wielu zaletach (tak pomimo głupich tweetów o wysadzonych rurociągach) a przede wszystkim jego arogancja w relacjach z MONowskim betonem może być zbawienna. Sikorskiemu w mniejszym stopniu miękną kolana przed generałami. A nie ukrywam, że podoba mi się jego duża strategiczna świadomość międzynarodowych tak możliwości jak i ograniczeń.

Gorzej z bezpieczeństwem. Tu dobry byłby człowiek z zewnątrz. Niestety resortowość sprawia, że szybko lojalność względem własnej korporacji wygrywa i ląduje się tak jak Paweł Wojtunik który zamiast porządku w CBA pozwolił tam na stworzenie PiSowskiego zaplecza. Oczywiście człowiek z zewnątrz to ryzyko tego, że ogon będzie machał psem (pamiętny przypadek Pałubickiego) ale niestety ławka w PO w tych sprawach jest tyleż krótka co nieistniejąca.

Ale pierwszy krok do wyleczenia to przyznanie się, że jest problem. Póki co w PO tego nie widać.

Nieplanowane konsekwencje wojny, czyli co Rosja zrobiła światu i dlaczego pozorni sojusznicy powinni Putina na najbliższym drzewie powiesić.

Zgrany do wymiotu bon mot nadużywany przez szkoleniowców i motywacyjnych szarlatanów wszelkiej maści głosi, że w języku chińskim terminy „kryzys” i „szansa” zapisywane są tym samym ideogramem. Czy to twierdzenie jest prawdziwe nie wiem, ale dobrze odzwierciedla to, co dzieje się w światowej makroekonomii dzisiaj. Bo rzeczy, które jeszcze kilka lat temu wydawały się abstrakcyjne czy poza technologicznym zasięgiem zaczynają być wdrażane w trybie ekspres i bez zwracania uwagi na koszty.


Świat wolny od ropy i gazu (oraz węgla oczywiście)?


Rosjanie wybili nam Polakom z głowy mit o niezastąpioności węgla. A ostatnie lata pokazały, że ta zeroemisyjna gospodarka bez prądu z zewnątrz nie jest taką znowu fantazją jak się wydaje. Wizyta na wsiach i podmiejskich osiedlach przynosi nieuchronne spostrzeżenia, że ostatnie kilka lat przyniosło energetyczno-ciepłowniczą rewolucję. Kombinacja kolektory+pompa ciepła przestała być domeną bogatych ekologów a stała się bez mała budowlaną normą. W która wyposażane są nawet przeciętne domy. Nieoczekiwaną konsekwencją tego stanu rzeczy stała się wzrastająca, (choć tu wciąż realnie ze względu na koszty dość mała) opłacalność aut elektrycznych. Ładowane z własnych kolektorów i wykorzystywane do podmiejskich podróży na niewielkie odległości sprawiają, że prąd + ogrzewanie + transport już średnio zamożna rodzina (po dużej inicjalnej inwestycji) otrzymuje niemal za darmo. Co ma swoje konsekwencje. Po pierwsze sąsiedzi z już pobudowanymi domami a obciążeni niestabilnymi rachunkami za prąd i ogrzewanie zaczynają przemyśliwać podobny kierunek przebudowy (i wkrótce podążą za tym pieniądze z banków), po drugie system energetyczny zmienia się w tempie dużo szybszym od oczekiwanego. Rzeczy, które do niedawna były nowalijkami typu baterii dużej mocy, czy inteligentnych sieci i liczników stają się oczekiwanymi a wręcz niezbędnymi elementami. Rewolucja przyspiesza a będzie przyspieszać bardziej.


Szanse lokalne i zagrożenia globalne


Lokalnie będzie zdecydowanie czyściej. Najbardziej emisyjny obszar to ogrzewanie domów. W naszym klimacie konieczność. A obecnie dla komfortu coraz częściej chcemy domy także chłodzić latem. Wspominane już kombinacje paneli i pompy ciepła dają taką możliwość. A zdecentralizowane w dużym stopniu samowystarczalne sieci są nieprawdopodobnie odporne tak na katastrofy naturalne jak i na celowe kampanie terroru w rodzaju tych, jakie Rosja stosuje na Ukrainie. Czyste (no czystsze) powietrze będzie tylko produktem ubocznym. Pewnie, że ten stan nigdy nie będzie dotyczył 100% domów. Ale przecież nie musi. Fundamentalne zmiany zajdą już po przekroczeniu 40% a potem ruszy lawina. Zawsze pozostanie owe kilkadziesiąt procent, którzy z różnych przyczyn dalej będą spalać drzewo (np. w kominku) czy ogrzewać się gazem. Ale w ciągu kilku dekad świat, który widzimy za oknem przejdzie rewolucję. No a cena tego wszystkiego?
Dla Polski przede wszystkim węgiel. Drogi, brudny i już niedługo niepotrzebny. Śląsk na szczęście dzisiaj stoi już zupełnie innymi rzeczami. Co nie znaczy, że nie będzie bolało. Bo będzie. Ale to nie będzie nic w porównaniu do bólu, którego doświadczą kraje rozwijające się zwłaszcza te z Bliskiego Wschodu. Po prostu rozwój takiej gospodarki w Europie i USA oznacza nieuchronny koniec uzależnienia od ropy naftowej. A co za tym idzie ceny zaczną spadać. A rynek pierwszy raz w historii stanie się naprawdę rynkiem gdzie wystąpi przewaga podaży nad popytem. Afryka i Azja ma wiele innych rzeczy, które mogą sprzedać. Na Bliskim Wschodzie zwłaszcza Półwyspie arabskim mamy jedynie morze pisaku, który zresztą, jak pokazują ostatnie lata, nie nadaje się nawet do budowania. Wszystkie bliskowschodnie satrapie latami koncentrowały się na hedonistycznym życiu a nie na rozwoju własnych krajów, których ludność utrzymywana jest na bardzo niskim poziomie edukacji oraz znajduje się pod kontrolą religijnych fanatyków. Oczywiście brak pieniędzy oznacza także masową emigrację. Z tym, że ludnością z krajów bliskowschodnich nikt nie będzie pewnie szczególnie zainteresowany ze względu na problemy z jej integracją w ramach istniejących społeczeństw i zagrożenie fanatyzmem.
Koniec „łatwych pieniędzy” będzie zbawienny dla wielu krajów, którym sok z dinozaurów pozwalał na utrzymywanie się reżimów autorytarnych czy też brak strukturalnych reform. Nie będą to jednak łatwe przejścia. Należy się spodziewać, że przelane zostanie sporo krwi w procesie dostosowywania świata do nowych warunków. Wojna w Ukrainie to uwertura do tego, co stanie się globalnie. Autorytarne reżimy przyciśnięte energetyką i demografią będą próbować zbrojnej „ucieczki do przodu”. Wojna o Tajwan nie jest, więc nierealna, podobnie jak bezpośrednie starcie Iran-Arabia Saudyjska.


Jak długo to potrwa?


Odpowiedź na to pytanie tez jest dość banalna. Krócej niż nam się wydaje, ale dłużej niż byśmy chcieli. Rozwój technologii wydaje się pozwalać na osiągnięcie wielu rzeczy w okolicach półwiecza. Równolegle będziemy mieć tez do czynienia z wieloma innymi procesami, o których ta notka milczy. Autonomizacja, robotyzacja, migracje i wiele innych to konsekwencje przemian, o których jeszcze będę pisał.

Sądny rok Prawa i Sprawiedliwości?

Już grudzień 2022 zapowiada się wesołym miesiącem, bo zakupy świąteczne po raz kolejny przypomną Polakom o tym, że inflacja nie jest problemem. Święta zapowiadają się nad wyraz skromnie a w wielu domach także raczej chłodno. Winni oczywiście Tusk i Putin. Ale elektorat chyba nie do końca uwierzy.

Styczeń to będzie miesiąc podwyżek. I zwyczajowo świat podzieli się na tych, co dostali i na tych, co nie dostali. Dodatkowo niskie temperatury przypomną wielu o tym, że ogrzewanie kosztuje. I to nie 20% a nierzadko i kilkaset procent więcej niż w poprzednich latach.

Luty przyniesie pewnie pierwsze nieśmiałe protesty. Bo podwyżki w sferze publicznej będą sporo niższe od inflacji o ile w ogóle będą. W międzyczasie pewnie premier ogłosi jakieś plany piętnastek i szesnastek dla emerytów. Co tylko zirytuje większość ludzi. Ułożenie z Unią będzie już wtedy nie wyborem a koniecznością, więc Zbysiu zapewne z hukiem wybierze karierę na zewnątrz jeszcze bardziej Zjednoczonej Prawicy.

Marzec to dobry miesiąc na europejską Canossę. Prezes raczej nie pojedzie całować stópek pani van der Layen osobiście a wyśle swojego wiernego pomocnika Mateuszka. A potem podpiszą wszystko i z uśmiechem na ustach przyjmą konsekwencję. Gwara więzienna ów proces wulgarnie, choć trafnie nazywa przecweleniem. Czego pewnie nowy nabytek opozycji niejaki Zbigniew Z. nie omieszka wypomknąć i nazwać.

Kwiecień to czas płacenia podatków i pierwszego roku funkcjonowania cudu wytwórczości prawnej zwanego Polskim Ładem. Oj będzie się działo. Łoj dana, dana.

Maj to czas podsumowań po zimie i uświadamiania sobie jak bardzo nas nie stać na majówkę i na wakacje. Rozliczenia ogrzewania w wielu wspólnotach zwykły przychodzić w kwietniu/maju Przewiduję też wtedy ostrą mijankę PO i PiS w sondażach. A przecież towarzysz szmaciak w spółkach nie śpi a pazerność wzmaga się w miarę zbliżania końca kadencji.

Czerwiec powinien być uwerturą wakacji. Ale nie dla wszystkich, bo szkoły i uczelnie pewnie wydłużą ferie a skrócą wakacje. W czerwcu nikt już nie będzie pamiętał, „dlaczego” ale to nie pomoże rządzącym, bo za te skrócone wakacje zostaną oczywiście obwinieni oni.

Lipiec i sierpień czas wakacyjnych frustracji. I wspomnień. Czasów Egiptu i Turcji. Oraz początki intensywnej kampanii wyborczej. Takie igrzyska zamiast wakacji w ciepłych krajach. Wtedy tez PiS zdecyduje czy gra o zwycięstwo czy przetrwanie. Obstawiam drugą opcję.

Wrzesień, czyli kampania na pełniej. Szczególnie zwrócić należy uwagę na blok nowego opozycjonisty tow. Zbyszka. A będzie on miał wiele do powiedzenia, bo ani chybi pozostanie najprawszym i najsprawiedliwszym wśród oceanu prawych i sprawiedliwych. W międzyczasie ostatnie przetasowania na opozycji. Decyzje o tratwach ratunkowych dla exPiSoprzystawek i licznych „nawróconych”.

Październik, więc wybory. Raczej sądny dzień. … a potem przyjdzie zima. Choć może raczej wiosna. Kto wie.