Kiedy skorumpowany bydlak rządzi dobrze

Wykopanie Bibiego Netanjahu ze stołka premierowskiego w Izraelu było oczekiwane i zasłużone. Ale kto wie czy ten skorumpowany cwaniak nie był najlepszym premierem kraju od kilkudziesięciu lat. Idealna tragedia makiawelicznej polityki, świnia, ale potrafiąca rządzić. Zwłaszcza takim krajem jak Izrael.

Dlaczego był taki dobry?

1. Utrzymywanie się u władzy – w Izraelu, kraju partii i partyjek, w stanie permanentnej wojny, latami. Utrzymywał się u władzy przy użyciu wszystkich środków dostępnych, potrafił wywołać konflikt, przekupywać, szantażować. Ale utrzymał się.

2. Pokój z Arabami – cymesik. Wykorzystał odwieczny konflikt szyicko-sunnicki. Okazało się, że Arabowie in gremio Izrael traktują, jako wroga tymczasowego, trwałym wrogiem jest Iran. Dziś dla Arabii Saudyjskiej i większości krajów zatoki Izrael to bez mała serdeczny sojusznik. Dzięki temu nastąpiła kolejna rzecz…

3. Zaszachował Palestyńczyków – po prostu przestali być arabami, nie w sensie etnicznym, ale religijnym. Rozgrywając Hamas, jako Irańską V kolumnę dostał carte blanche na kolonizację Palestyny. Świat arabski wydaje się po prostu ignorować temat. Divide et impera w klasycznej formule. Choć ostatnie wydarzenia są w lekkiej kontrze do mojej tezy Izrael de facto ma z Palestyńczykami spokój już od dekady. Nikt już w obronie Palestyny nie będzie wstrzymywać wydobycia ropy. Ani atakować Izraela czołgami.

4. Rozwój technologii – na ile zasługa Bibiego na ile brak przeszkadzania i zapewnienie relatywnej stabilności to nie wiem. Wiem na pewno, że Izrael stał się modelowym bliskowschodnim hubem innowacyjności. I to nie tylko w technologiach wojskowych, bo mistrzostwo w zarządzaniu wodą pitną czy innowacjach biotechnologicznych jest bezsporne. A przecież dwie dekady wcześniej Izrael był niewiele więcej jak „niezatapialnym lotniskowcem” USA skrajnie gospodarczo i finansowo uzależnionym od zagranicznego wsparcia.

Pewnie wizja Bibiego ze strony mieszkańca Izraela będzie różna od mojej. Przywilej odległości i ignorancji. Bo na wierzchu całej laurki wypadało by jeszcze wskazać, że Netanjahu ma biografię i młodość która spokojnie mogłaby stać się kanwą kilku filmów akcji. Co sprowadza nas do pytania czy jego potencjalny następca poza potencjałem większej uczciwości (dyskusyjne) będzie rządził lepiej? W Polsce póki, co twarda polityczna linia szła zawsze w parze z potworną praktyczną nieudolnością zarządzania krajem. Ale przecież tak być nie musi. I co wtedy?

Ja współczuję, czyli Rzeszów

Wybory w Rzeszowie to była niespodzianka. Na wielu poziomach. Prezydent, wiekowy, ale odchodzący, w co najmniej dziwnych okolicznościach i wskazujący na swojego następcę nieco anonimowego polityka Solidarnej Polski. PiS zaskoczony działaniem koalicjanta (?) i wyznaczający własną kandydatkę. I opozycja, która zdając sobie sprawę z własnej mizernej karty zgodnie poparła najpopularniejszego lokalnego kandydata. Wszystko spróbujmy rozłożyć na czynniki pierwsze.

1. Wybory – czy prezydent Ferenc nie mógł dociągnąć do końca kadencji? To wielka tajemnica tych wyborów. Bo jeśli chodziło o stan zdrowia to, co najmniej wielką tajemnicą pozostaje kwestia wyznaczonego i wspieranego sukcesora. Właściwie pasuje tu jedynie logika teorii spiskowych i jakaś sprawa w prokuraturze, którą można by szantażować czy prezydenta czy jego rodzinę. Chyba, że na starość po prostu oszalał. Innych opcji nie widzę.

2. Delfin, czyli Warchoł – niespodziewany następca wyznaczony przez prezydenta. W skali miasta człowiek znikąd. Punktowany w kampanii na każdym kroku nie potrafił zmienić wizerunku „spadochroniarza”. W dodatku startował bez wsparcia PiSu a wręcz przy zdecydowanym i otwartym sprzeciwie. Wsparcie prezydenta nie pomogło, Warchoł nie został przez mieszkańców uznany za delfina a raczej za ciało obce. Brak elementarnej geografii miasta jak głoszą plotki nie pomagał. Rezultat? Najgorszy wynik w wyborach. To nie jest porażka to katastrofa.

3. Pani desantowiec, czyli Ewa Leniart – kandydatka partyjna wysłana „na odcinek” rzeszowski.  Najgorszy rodzaj spadochroniarstwa słabo zazwyczaj tolerowany w wyborach lokalnych, ale bardzo typowy dla PiS gdyż w opinii prezesa to nie lud ma wyznaczać kierownictwo a partia. A mówisz partia myślisz prezes. I wszystko jasne. PiS odkrył granicę helikopterowych kampanii wyborczych. Obietnice nic nie dały a końcowe „gratulacje”, które pozwoliłem sobie sparafrazować w tytule notki, najlepiej oddają smutne realia tej kampanii.

4. Jaś Fasola w brunatnej koszuli, czyli Grzegorz Braun – straceniec Konfederacji, który startuje wszędzie idąc trybem Korwina, czyli nie ważne jak mówią grunt żeby nazwiska nie przekręcali.  Wynik pokazuje jedną z większych tragedii polityki, jako takiej. Opłacalność klaunowania. Wszyscy wiedzieli, że Braun to nie jest poważny polityk. Mimo to, co dziesiąty rzeszowianin powiedział: to jest to! Cele polityczne i wizerunkowe Konfederacja na pewno zrealizowała na 150%. Tylko czy partia popierająca takich kandydatów może nazywać się „wolnościową”? Ot paradoksy nie tylko polskiej polityki.

5. Zwycięzca – wygrał samorządowiec, ex SLDowiec, ale przede wszystkim polityk lokalny, w dobrym i złym sensie tego słowa. Fiołek gwarantuje politykę kontynuacji i brak większych sensacji. Wszystkim ugrupowaniom opozycyjnym udało się szybko i sprawnie „podpiąć” pod popularnego polityka, który w dodatku był jedynym lokalnym! kandydatem.  Zwycięstwo nie zaskakuje jego skala jednak trochę tak.

6. Konsekwencje – rozpad zjednoczonej prawicy uzyskał oficjalny placet. To przede wszystkim tragedia dla Ziobry. Dużo na Rzeszów postawił a nie potrafił zagospodarować nawet elektoratu Konfederacji. I będzie głównym winnym w PiSowskiej narracji. A to dobrze nie wróży przy przyspieszonych wyborach. Do PRowego szturmu ruszył Gowin. I wiele wskazuje na to, że ustawia żagle pod nowe rozdanie. Proces gnilny przyspieszyło Nowym Ładzie mało, kto już pamięta. Wyczekujemy. Wiele może się wydarzyć.

Kończyć brzydko, kończyć chamsko, kończyć źle

Oczywiście wszyscy spodziewali się pewnego rozprężenia w miarę zbliżania się do kresu rządów Zjednoczonej (?) Prawicy. Ale ostatnio ta niegdyś zdyscyplinowana machina weszła w tryb turbo. Oczywiście realizuje wszystkie punkty prognoz, które nieco kasandrycznie wieszczyłem przez wyborami, w 2019 ale też władza nie ma już siły nawet udawać, że zależy jej na jakichkolwiek kompromisach. Prze do realizacji własnej agendy wbrew rozsądkowi, sytuacji międzynarodowej a także własnym długoterminowym interesom. Gra brzydko i bez polotu. Jakby wszyscy wyczuwali zbliżający się koniec.

A przecież teoretycznie jest jeszcze dużo czasu.

Ale cały czas władza notuje wpadkę za wpadką. Co gorsza wiele zupełnie niepotrzebnych. Zacznijmy od Marszałka Terleckiego. Naukowiec, „profesor” i (przynajmniej teoretycznie) „intelektualista” o wyglądzie tak sympatycznym ze gdyby dziś Mel Brooks kręcił remake „Smrodu życia” to rolę ma w kieszeni. No i ten tytan umysłowy widząc, że białoruska opozycjonistka obecna jest na spotkaniu, które organizuje opozycja, wysłał ją po pomoc do Moskwy. Wypowiedź o poziomie chamstwa i kalibrze, który kiedyś odesłałby takiego polityka na zieloną trawkę. Dziś? Cały rząd broni głupoty w kolejnych dialektycznych piruetach wyjaśniając, że może i cham, ale w sumie zasłużony i też w młodości sporo przeszedł (mniej uświadomionym wyjaśnijmy, że ów polityk jest posiadaczem czegoś, co zwało się „kartą” opozycyjną zasłynął jednak raczej z karty hipisowskiej i bujnej nawet jak na PRLowskie standardy młodości, najbardziej zainteresowanych namawiam do zapoznania się z nieco inną historią ojca marszałka). Obowiązuje zasada ani kroku wstecz. A markietanki PiSu kpią z białoruskich opozycjonistów w sposób, który u Jerzego Urbana wywołuje pewnie łezkę w oku. Złamany przez władze w mińsku porwany bloger jest przez polskich dyplomatów wskazywany do rozstrzelania. Życzliwi władzy publicyści wykpiwają jego wypowiedzi. Polska z sojusznika białoruskiej opozycji staje się właściwie wyrazicielem rosyjskiej propagandy.  Ale to przecież nie koniec.

Na froncie naukowo-edukacyjnym nie próżnuje minister Czarnek. Uzupełnia programy nauczania, reformuje zasłużone instytucje i powołuje nowe. Wszystko będzie nauczane w oparciu o myśli największego Polaka. Żeby nie było wątpliwości Jana Pawła II.  Okazuje się, że i przedsiębiorczości można nauczać w oparciu o naukę Papieża. W sumie warto podpytać „wdowę” Dziwisza, bo pomny zapisów w testamencie wywiózł z Watykanu tyle notatek, że na każdy temat się znajdzie. I fizyka, i chemia i matematyka stoją otworem.

Wątpliwości, co do tego, kto jest największym Polakiem nie są jednak pozbawione sensu. Powstaje, bowiem w czeluściach TVP pewien dokument, który nareszcie ma opowiedzieć prawdziwą historię innego pretendenta do tytułu największego Polaka, czyli samego Prezesa. Niestety nastąpił pewien zgrzyt, bo heroicznej postawy prezesa podczas stanu wojennego nie kojarzy żaden opozycjonista. Brata a i owszem. I teraz jak tu pisać hagiografię in absentia. Zresztą podobno sam Prezes zirytował się tak zuchwałą próbą wejścia mu do okrężnicy. Osobiście jednak podziwiam. Tak wykluwają się następcy prezesa Kurskiego.

Z mniejszych rzeczy to Dworczykowi, temu od szczepień, ruscy hakerzy włamali się do maila. Zaklina się, że nic tajnego tam nie trzymał. I tu chciałem powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze przepływ informacji na linii FSB – hakerzy jest fatalny! Przecież PiS swoje chłopaki a swoich nie bijemy. Po drugie ciekawe, jakie hasło miał na mailu Dworczyk i czy ujawnienie tej informacji nie będzie z tego wszystkiego najbardziej kompromitujące.

Jeszcze odrobinę wcześniej wywiadu udzielił Prezydent Duda. I tu trzeba powiedzieć, że był to wywiad… specyficzny. Mieliśmy różnych prezydentów. I profesora i absolwenta zawodówki. Przedszkolaka z doktoratem jeszcze nie było. A infantylizm wypowiedzi prezydenta jest porażający. Kwaśniewski przynajmniej był pod wpływem alkoholu, na co zwalić zachowania Dudy?

No i byłbym zapomniał kolejny raz „fikać” zaczyna nieoceniony Gowin. Wybrał sobie dwie sprawy. Pierwszą jest wybór nowego Rzecznika Praw Obywatelskich a druga odwołanie wspomnianego już Terleckiego. Ciosy niewielkie, ale celne. I kto wie czy to nie ta kropla, która przeleje czarę goryczy Prezesa. Ale przecież ścieżka do nowych wyborów nie jest taka prosta. A ani Ziobrze ani Gowinowi jakoś specjalnie na nich nie zależy. Ale już w czerwcu widać, że zmęczenie materiału jest ogromne. Wszystko trzeszczy, nowych pomysłów brak. Jak myślicie, walnie jeszcze w tym roku?

Epizod z życia pewnej korporacji

Młody kraj, Kanada miał ponad sto lat temu problem, otóż na jego terytorium zamieszkiwali niezbyt cywilizowani rdzenni mieszkańcy, którzy zamiast żyć jak powinni i uprawiać ziemię tudzież rzemiosło w miastach przesiadywali w dziczy utrzymując jeszcze, że ta ziemia jest właściwie ich własnością. Część nawet odmawiała sprzedaży w jakże korzystnym kursie jeden akr ziemi dwa szklane paciorki.  Taki stan rzeczy nie mógł trwać bardzo uwierał, bowiem cywilizowanych Kanadyjczyków. Zadecydowano, więc aby dzieci tych dzikusów ucywilizować. Wpierw oczywiście zabierając je rodzicom, bo ci wciąż mieliby możliwość wywierania na młodzież negatywnego wpływu.

Kanada była wtedy młodym krajem, więc nieszczególnie stać ją było na wykonanie tak odpowiedzialnego zadania edukacyjnego. W sukurs jednak przyszła pewna korporacja, której pracownicy od wielu lat realizowali swoje interesy wśród krajowców. Dysponowała i wiedzą i infrastrukturą a co ważniejsze gotowa była podjąć się tego zadania za nieduże pieniądze. Zawarto stosowne porozumienia i projekt ruszył z kopyta.

Managerowie korporacji odkryli jednak szybko, że nieduże przekazane przez władze państwowe środki nie pozwalają na realizacje spodziewanych zysków. Dalsze postępowanie było oczywiste klasycy kapitalizmu mówili już, że w takiej sytuacji należy ciąć koszty i maksymalizować przychody. Największym składnikiem kosztów było wyżywienie edukowanej tubylczej młodzieży, więc w klasycznej manierze zdecydowano się na pewne zubożenie diety kierując się oczywistym skądinąd założeniem, że skoro tubylcy żyją w lasach to jakoś się wyżywią. Jednocześnie dbano o dochodową strona przedsięwzięcia angażując w ramach procesu edukacyjnego wychowanków do różnego rodzaju produkcji i prac zarobkowych.

Zbuntowana tubylcza młodzież nie potrafiła jednak docenić wysiłków edukatorów i działając ewidentnie w złośliwej formule zaczęła umierać. W niektórych placówkach nawet 60% wychowanków zdecydowało się przenieść na łono Abrahama. Zupełnym przypadkiem korporacja odkryła metodę, która z dużym powodzeniem dużo później zastosowały nazistowskie Niemcy Niedożywienie plus praca. Problem indiański rozwiązywał się sam. A praca czyniła wolnymi. I tylko dziś od czasu do czasu odkrywa się w Kanadzie groby kilkuset dzieci.

Ostatnią szkołę rezydencjalną zamknięto w Kanadzie w 1996 roku.

Korporacją, o której mowa był kościół katolicki.

Pomimo wielokrotnie powtarzanych apeli Papież Franciszek nie powiedział kanadyjskim Indianom „przepraszam”.

Kraina przemian

Odejdźmy na chwilę od polityki i przejdźmy na przebudowywane polskie drogi. Odbyłem niedawno podróż intensywnie (a czasami mniej intensywnie) przebudowywanym odcinkiem tzw. gierkówki za Łodzią, który wkrótce (dla nieokreślonej wartości słowa „wkrótce”) z drogi o ruchu przyspieszonym ma stać się autostradą A1. I zastanowił mnie los tych wszystkich drobnych (a czasami nie takich drobnych) lokali, jakie dość gęsto oplatały brzegi dawnej krajowej „jedynki”. Właściciele tych lokali nie są oczywiście żadną miarą ofiarami zaistniałej sytuacji wszyscy, bowiem zdawali sobie sprawę z nieuchronności budowy i przebudowy drogi. Ale wszyscy wiemy jak to jest z tymi koniecznościami. Mamy nadzieję, że ten moment nigdy nie przyjdzie.

Ale przyszedł.

Pobocza dawnej krajowej „dwójki” czy „czwórki” a obecnych dróg 92 i 94 pełne są umarłych i dogorywających nagrobków po dawniej kwitnących biznesach. Całe miasta dostały nagle to, o czym zawsze marzyły, świat bez tirów i z nielicznymi samochodami przemykającymi poza autostradą bardziej z ekonomicznej konieczności tudzież umiłowania widoków (rzadziej). Nic nadzwyczajnego, ogólnoświatowa norma.

Czy musi tak być?

Czy właściciele tych knajp nie mogliby dostać promocyjnej powiedzmy 30 letniej dzierżawy na przyautostradowych MOPach. W ten sposób wsparlibyśmy lokalny biznes a nasz wybór jedzenia przy autostradach byłby większy niż McDonald/KFC/Burger King. Ekonomicznie to nie jest maksymalizacja zysku, ale czy społecznie nie byłoby bardziej fair. Bardziej lokalnie?

Takie abstrakcyjne chciejstwo na weekend.