Fantazje a rzeczywistość

Wojna w Ukrainie niezwykle pobudziła aktywność osób zainteresowanych sferą globalnych strategii i wojskowości. Te środowiska istniały od lat a wojsko traktowane jak niegroźne hobby może znajdować różne ujścia od egzegezy zakupowych decyzji MONu do uczestnictwa w różnego rodzaju stowarzyszeniach „proobronnych” i grupach „rekonstrukcyjnych”. Natomiast nagle okazało się, że wiele z tych grup i osób ma własną wizję tego jak powinna wyglądać polska armia.

Póki to były fantazje pasjonatów to w zasadzie było nawet zabawne. Każdy, kto grał w gry RPG może nawet z uśmiechem poczytać o mocarstwowych planach flot, dywizji i dywizjonów. Gorzej jak te fantazje przybierają miano „analiz”, które aspirują do bycia czymś więcej niż pogadanką kolegów przy piwie. Potem te mocarstwowe marzenia przesiąkają do polityki, która niestety mierzy się z tym, co zawsze, czyli z rzeczywistością. I zostaje nie to, czego „potrzebujemy” a to, na co „nas stać”.  Bo mimo rosyjskiego zagrożenia, (z którym nikt nie polemizuje) mantra „pieniądze muszą się znaleźć” jest tyleż urocza, co nieskuteczna. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy dla partii rządzącej dużo większym zagrożeniem niż Wladimir Putin jest swojski Donald Tusk.

Słaba cecha każdej z tych analiz? Nieuchronnie dochodzą do konkluzji, że aby samodzielnie stawić czoła Rosji Polska potrzebuje potencjału obronnego wielkości X. A wytworzenie takiego potencjału wymaga: 1. Zaangażowania znaczącej części PKB (kosztem np. opieki zdrowotnej, edukacji, emerytur etc.); 2. Zaangażowania znacznej części populacji w działania o charakterze obronnym (200, 300 a nawet 400 tysięcy ludzi, których trwale usuwamy z gospodarki plus kolejne kilkaset tysięcy szkolonych w ramach powszechnego poboru i usuwanych czasowo); 3. Zmilitaryzowania znacznej części struktur państwa; 4. Zignorowania faktu, że krajowa polityka pozostaje w ostrym sporze obejmującym wszystkie dziedziny życia w tym obronność i nie ma w tym sporze żadnych obszarów kompromisowych. Innymi słowy, aby brać fantasmagorie różnych takich grup na poważnie trzeba zaakceptować fakt, że powstały dla potrzeb lalalandu a nie realnego kraju, jakim jest Polska.

Co robić i jak żyć jak mawia jeden z oglądanych youtuberów? Czy mamy się poddać? W żadnym wypadku. Namawiam natomiast do akceptacji rzeczywistości. Przede wszystkim tego, że bezpieczeństwo to złożona sprawa. Przyczyny ataku Rosji na Ukrainę nie leżały w tym, co stało się w 2022 ani w 2014 roku. To był rezultat długiego i złożonego procesu, który nie zaszedł w Polsce. Polska, jako kraj jest w zupełnie innym miejscu, co nie oznacza absolutnego bezpieczeństwa wobec Rosji, ale sprawia, że atak bezpośredni taki jak na Ukrainę jest dużo mniej prawdopodobny.

Rozpocznijmy od truizmu: obecnie poza USA żaden kraj europejski czy NATO nie ma potencjału, aby powstrzymać Rosję w konwencjonalnej wielkoskalowej wojnie takiej, z jaką mamy do czynienia na Ukrainie. Dlatego właśnie powstało NATO. W celu kolektywnej ochrony i radykalnego zwiększenia potencjału. Wspólnie kraje NATO posiadają potencjał zdolny zrównoważyć rosyjski nawet bez udziału USA. Z USA ta różnica potencjałów jest przytłaczająca. I pozwala realizować bezpieczeństwo przy znacznie mniejszym poziomie zaangażowanych sił i środków. Samodzielna wojna z Rosją to mrzonka. Taką wojnę Polska przegra zawsze. I zapłaci za to gigantyczną cenę.

Nasza strategia obronna powinna ten fakt uwzględniać. I wiedzieć, że podstawą naszej strategii obronnej jest dyplomacja, którą silna armia ma uzupełniać a nie zastępować. Nie potrzebujemy 6 dywizji. Ba nawet nie powinniśmy do tego dążyć. Te dwie extra dywizje powinni nam zapewnić sojusznicy. To nie jest mrzonka. To system sprawdzony w okresie zimnej wojny. I tu rolę odgrywa dyplomacja. Dużo większe bezpieczeństwo zapewni stało obecność niemieckich, francuskich, brytyjskich czy włoskich brygad na białoruskiej czy ukraińskiej granicy niż nawet pół miliona polskich żołnierzy. Bo tworzy sytuację, w której atak na nas jest realnym atakiem na NATO i sojuszników, na ich wojsko.

Kluczem do stworzenia takich warunków jest oczywiście dyplomacja. Prawdziwa a nie taka polegająca na występach ludzi leczących publicznie swoje kompleksy wynikająca z podróży niemieckimi kolejami. Nikt nie mówi ze Polska nie powinna artykułować własnych interesów czy realizować własnej polityki. Ale trwanie w trwałym konflikcie z dużą częścią najzamożniejszych krajów UE i rozgrywanie spraw międzynarodowych na polu wewnętrznych politycznych rozgrywek to po prostu błąd. Błąd, który nas osłabia i który pomaga tylko Rosji. Rechotanie z politycznego umoczenia sąsiada nie oferuje nic poza chwilą schadenfreude. Scholtz nie powinien być krytykowany, ale pchany we właściwym z punktu widzenia polskiego interesu kierunku.

No, ale to wymaga minimum narodowej zgodny i określenia wspólnoty interesów. Oraz kompetencji. O ileż prościej opracowywać megalomańskie analizy. I twierdzić, że jakby, co to my ani guzika. Tylko to historyczne deja vu…

7 myśli na temat “Fantazje a rzeczywistość

  1. A ja sie zastanawiam jaki to procent”patriotycznej młodzieży” co to widywani często, w marszach i pochodniami ustrojonymi w „koszulki patriotyczne ” symbolami PW ,i orłami i kotwicami ‚gdyby co” to chętnie umierało by za ojczyznę.tylko im zdrowie nie pozwalało.I wialiby za granice

    Polubienie

    1. Niełatwa sprawa. Bo Ukraina A.D. 2014 pokazuje że jednak duża część tego „kibolskiego autoramentu” za broń chwyciła i stanowiła podstawę ochotniczych batalionów które pozwoliły państwu przetrwać najczarniejsze chwile. Nie przepadam za tego typu ludźmi ale w czambuł krytykować nie będę. Tyle o sobie wiemy ile nas sprawdzono.

      Polubienie

      1. Akurat polscy kibole mogą mieć „kresowe” roszczenia terytorialne do Ukrainy, Białorusi i Litwy, więc pewnie często i gęsto szliby na putinowską „propozycję rozbioru Ukrainy”, by zrobić „Wielką Polskę” z umięśnionym orłem białym patrzącym się spod byka. W końcu kibole są głupi, a Putina uważają za męskiego samca-podbijacza.
        No i nie bez powodu kibole Lecha Poznań razem z kibolami moskiewskimi pobili kibiców z Tbilisi kilka miesięcy po inwazji rosji na Ukrainę.

        Polubienie

  2. Polska jest niestety doświadczona historycznie, przez co ci, którzy nie do końca rozumnie kultywują traumy i pamięć o II WŚ i o ogólnej historii (zabory itd.) widzą nieraz Polskę jako oblężoną twierdzę, której Stary Zachód nie pomoże, więc wymyślają jakieś nierealne Międzymorza i „imperia polsko-węgierskie”. Stąd nieraz potencjalna pomoc od USA jest traktowana przez prawicę jak brytyjskie i francuskie gwarancje przed II WŚ, a Niemcy jawią się jako ciągłe zagrożenie. Zwłaszcza starsi ludzie, w dużej mierze wyborcy PiSu, są narażeni na takie myślenie, bo żywiej pamiętają czasy po wojnie (mogli często widzieć choćby swych straumatyzowanych przez Niemców rodziców), a za komuny sączyła się do nich antyniemiecka i ogółem antyzachodnia propaganda. Dochodzi jeszcze niezrozumienie nowoczesnych technologii i ogółem nowoczesnego świata (dron jest dziś więcej wart niż chmara piechoty, choć może to być nieintuicyjny wniosek, gdy ktoś myśli starymi schematami).
    Stąd starsze osoby i nie do końca racjonalni fani historii (Bartosiaki i jakaś „młoda prawica” od PiSu i Konfy?) mogą mieć często takie antyzachodnie skrzywienie oglądu na świat i obronnie marzyć o pół milionie wojaków i 5% PKB na armię.

    Polubienie

  3. Tak jeno. NATO powstało jako zabezpieczenie nie przed Rosją a przed blokiem sowieckim. To naprawdę było coś więcej niż dzisiejsza Rosja. Teraz co do rosyjskiego zagrożenia. Na pewno mogą nas zaatakować od Kaliningradu. Tylko takie natarcie skończy się polskim Królewcem. Okej, drugi atak od Białorusi. O ile Łukaszenka da zielone światło (wcale nie musi) to wcale nie jest dużo lepiej. Ofensywa wychodzi na tereny dziadorolnicze, ma kupę bagien po drodze, nie ruszy za mocno polskiej gospodarki, bo tam nic nie ma, a jeszcze trudne warunki terenowe. Na dziś Rosja nie jest w stanie zrobić więcej. To znaczy mogła to zrobić przed lutym., ale dziś nie może nawet tego.

    Polubienie

  4. No ale różni „siłownicy” od milionowych armii przewidywali też często, że Pekin będzie dalej ostro rósł i zdominuje świat. Tymczasem w tym roku wzrost gospodarczy w ChRL jest niższy niż… w Polsce i wyniesie 2,8%, a sztucznie pompowany i pękający sektor deweloperski odpowiada za około jedną trzecią PKB.
    Fajny jest dzisiaj artykulik w Rzepie o Chinach Ludowych. Stąd mam powyższe informacje.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s